Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

yarecky.pl

Ślub. Dla młodej pary jest to dzień szczególny. Oto dwoje stają się jedną rodziną. Wielkie pif-paf, szast-prast i po bólu. Teoretycznie rzecz biorąc, ślub można zawrzeć w Urzędzie Stanu Cywilnego w podkoszulku i krótkich spodenkach. Ale nie, ma być welon, długa suknia za kilka tysięcy, jakiś frak, spinki. Wszyscy będą palić cygara i pić burbony. Ą żeby wam wyszło bokiem.

 

 

Dawno, ale to dawno nie byłem na ślubie, na którym nie było tej całej udawanej szlacheckości, gdzie goście bawili się radośnie przy utworach granych na grzebieniu czy harmonii. Bo który dyskietkowy.... o przepraszam, USB'owy zespół odtwarzający podkłady karaoke z napędów flash potrafi porządnie poprowadzić zabawy unplugged.

Ba, nawet muszę powiedzieć, że dawno nie byłem na ślubie, w którym by mnie coś nie śmieszyło. Tak, niby siedzę na górze, niby jestem częścią tej szopki, ale... jakoś czuję się nie z tej bajki. Albo inaczej. W czasie w którym wykonuję swoje obowiązki, moje poczucie piękna i harmonii zostaje gwałcone przez młodych różnego kalibru. Być może definicja piękna w międzyczasie uległa zmianie a ja nie czytując Pudelka czy też innej Wyborczej tego nie odnotowałem. Jednak, jak mawiali starożytni: "De gustibus non est disputandum" pozwolę sobie nie pastwić się nad niskim poczuciem estetycznym moich (za)kochanych pszczółek.

A więc od początku.

Mój ślub był (w moim odczuciu) idealny. Nie tylko dlatego, że przed Ołtarzem stała idealna Para Młoda, ale dlatego, że wszystkie rzeczy zostały sklikane tak, jak chcieliśmy. To my wybieraliśmy i czytaliśmy Czytania, śpiewaliśmy moim głosem Psalm, nasza Starsza włączyła się w którąś modlitwę. Na organach (a raczej wtedy parapecie imitującym dźwięk organopodobny) zasiadł mój serdeczny przyjaciel i miał wolną rękę w doborze repertuaru. Nie było żadnych skrzypiec, chórków, gitarek, akordeonów, wyjących solistek, a przecież byłem studentem kierunku muzycznego i skombinowanie kwartetu smyczkowego było kwestią czterech flaszek.

Jak się patrzę z perspektywy - dobrze zrobiliśmy. Ja bym chciał (abstrahując od braku możliwości technicznych tamtej protezy instrumentu) usłyszeć którekolwiek B.A.C.H., moja Żona pewnie jakiś inny kawałek. Rodzinie by uszy zwiędły. Gdybym natomiast usłyszał Ave Maria zagrane na skrzypcach, wówczas ja dostałbym spazmów.

I teraz - nie popsuliśmy w rodzinie gust muzycznych. Ponieważ, to co zostałoby zagrane u nas, byłoby kopiowane na kolejnych ślubach.

No właśnie. Repertuar muzyczny, który można wykorzystać na ślubie jest bogatszy niż 10 utworów które są ciągle wałkowane. A zatem wymienię najgorsze grzechy, za które chcę zagrać Marsz Żałobny Chopina zamiast potupajki znanej jako "Marsz Menelsona".

  • "Ave Maria" (J.S.Bach-Ch.Gounod, Schubert, Caccini/Вави́лов) zwłaszcza z naznaczeniem :"na Komunię";
  • Cztery Pory Roku Antonio Vivaldiego, "Zima;"
  • "Aria na strunie g" J.S.Bach;
  • "Obój Gabriela" Ennio Morricone z filmu "Misja" (muzyka filmowa w kościule? to dlaczego nikt nie chce "Melodii z Czterech Pancernych i Psa"?);

Jeszcze lista moich ulubionych hitów wykonywanych gębowo: "Lascia ch'io pianga"/ To już jest arcydzieło buractwa i niedopasowania utworu do chwili.

Nie będę okrutny. Wykorzystam Google Tłumacza, bez upiększania i tłumaczenia artystycznego:

Lascia ch'io pianga
mia cruda sorte,
e che sospiri la libertà.
Il duolo infranga queste ritorte
de' miei martiri sol per pietà
Pozwól mi płakać
mój okrutny los,
i wzdycham do wolności.
Niech smutek złamać tych łańcuchów
Z moich cierpień, na litość boską.

Zaiste, kawałek przedni na ślub. Zwłaszcza na ślub. Nieprawdaż? Kto teraz świadomie chce ten kawałek? Chętnie zagram.

No właśnie. Nieświadomie ktoś wybiera takiego kwiatka, a później dziwi się, ze młodzi się rozchodzą. Jak na starcie takie życzenia.

Drodzy Rodzice. Drodzy Młodzi. Śpiewaczka/instrumentalista na ślubie to nie jest dobry pomysł. Po pierwsze zagra on szmirę o znikomym walorze artystycznym, a skasuje za to, jak za mokre zboże. Bo chyba logicznie rzecz biorąc, nikt o zdrowych zmysłach nie jedzie do autoryzowanego salonu, aby mu uzupełnili płyn w spryskiwaczu. To może zrobić mechanik po zawodówce, a nawet człowiek, który wam sprzeda płyn na stacji. Po co więc przepłacać za "Śpiewaków z Opery", gdy nawet nie poczujecie różnicy, gdy ten sam kawałek zagra uczeń ostatniej klasy gimnazjum muzycznego. Dlaczego? Bo - nie ukrywajmy - nie znacie się na tym. A ci którzy Wam to grają traktują was jak niewidomych snobów, od których wyrwać łatwą, sporą kasę. Wolę akompaniować jakiejś kuzynce, bo przynajmniej w tych nutach słychać jakieś uczucie, a nie tylko kolejne nutki, odegrane od niechcenia.

Kolejna kwestia. Upamiętnienie tej całej imprezy. Ale to zostawię sobie na jutro. Bo tu przemyśleń mam jeszcze więcej, jako człowiek, który kiedyś za prawdziwym Fotografem stał w kolejce.

¤ outsourcing ¤ joomla ¤ antywirus ¤  lubelskie ¤ serwis PC ¤ katalog firm ¤ sklep komputerowy ¤ papierosy elektroniczne