Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

yarecky.pl

Ostatnio napisałem tekst o muzyce podczas Liturgii, w którym przekonywałem do tego, aby organista nie śpiewał podczas Liturgii. Dziś będzie druga część tej myśli, wzbogacona o moje ostatnie przemyślenia i mały eksperyment.

 

W ostatnią niedzielę (tj. wczoraj) wybraliśmy się z moim Synem do kościoła. Traf chciał, że (z przyzwyczajenia) mając zakodowane "jedziemy do kościoła" - pojechaliśmy na Mszę do mojej ("pracowej") Parafii. Jak nigdy zdecydowaliśmy, że zostajemy na "dole". Więc, jako porządne Katole zasiedliśmy w ostatniej ławce, tuż pod chórem. Jak się okazało, z punktu widzenia późniejszego eksperymentu, który postanowiłem spontanicznie przeprowadzić - była to decyzja bardzo słuszna.

 

A więc do rzeczy. Pieśń na wejście, śpiewana przez dziecięcą scholę. Wszystko jest OK, próbuję nawet śpiewać wraz z ludem, tyle, że nie słyszę własnych myśli, co dopiero tego, co śpiewam. Nie wiem, może jest to wina zbyt głośnego ustawienia całej aparatury, albo też wina zbyt bliskiego umiejscowienia śpiewających przy mikrofonie. Cały dźwięk który rozlega się w kościele po prostu mnie przytłacza. W częściach stałych przeznaczonych dla Ludu (czyli, odpowiedź w Kyrie, Gloria itp) w śpiewy włączają się kapłani celebrujący, znowuż przytłaczając ludzi. I nieważne, jak ktoś bardzo ma kształcony głos. W momencie, gdy nie może usłyszeć samego siebie - będzie po prostu fałszował.

A gdy człowiek z przeciętnym głosem usłyszy, że fałszuje - przestaje śpiewać, bo po prostu zaczyna wątpić we własne umiejętności.

 

Jeżeli ktoś jeszcze nie wie, o czym mówię, niech zrobi sobie mały test. Potrzebne będą: słuchawki ze źródłem dźwięku, kamera z mikrofonem. Proszę założyć słuchawki, włączyć ulubiony utwór na 75% mocy sprzętu i zacząć śpiewać. Kamera jest po to, aby to nagrać. Jeżeli odtworzymy później własne nagranie - w taki sam sposób zachowują się ludzie w kościele, przytłoczeni przez organistę/Celebransa. Słyszą muzykę bardzo głośno, nie mają odsłuchu swojego śpiewu więc zaczynają śpiewać dowolne dźwięki w dowolnej tonacji. Niestety, bez odsłuchu jest to taki sam śpiew, jak w przypadku słuchawek na uszach ze zbyt głośna muzyką. Gdy muzyka gwałtownie zostanie "przerwana" (np. organiście zabraknie tchu, czy zaschnie z gardle Celebransowi) wówczas biedny Lud zostaje z bliżej nieokreślonym dźwiękiem.

 

Co więcej. Niewiele osób bierze pod uwagę fakt, że ludzie w kościele nie słyszą organ bezpośrednio, tylko słyszą ich odbicie od ściany w Prezbiterium. I naturalnie śpiewają z pewnym minimalnym opóźnieniem. Organista jest w stanie to opóźnienie wychwycić i grać. Ksiądz słyszy trochę wcześniej, bo dźwięk leci wprost na niego. I teraz - ludzie słyszą dźwięk i księdza który jest chwilę przed dźwiękiem. I się gubią.

 

Więc, to co mówiłem patrząc się z perspektywy swojej krótkiej praktyki w kościele w USA, rozmowy z kolegami-organistami z zachodu (w tym z kościołów Protestanckich), "czując" pewne prawidła w swojej intuicji i obserwując reakcję ludu na pewne zabiegi, okazało się faktem. Śpiewanie do mikrofonu zabija śpiew ludu.

 

Jeszcze dwa słowa odnośnie tej praktyki za oceanem. W miejscu w którym mieszkałem był kościół. Katolicki. Miałem wtedy 17 lat i byłem na początku swojej kariery. Nowe doświadczenie. Kapłan zgodził się, ale ponieważ nie miałem lat na podjęcie pracy ani pozwolenia na nią, robiłem to bez wynagrodzenia (i bez stałego grafiku). Kiedy miałem ochotę - przychodziłem i grałem. Pierwszy kontakt z chórem i pytanie: "A gdzie jest mikrofon". Nie było świętego Mikrofonu Liturgicznego. Pierwsza myśl: poległem. Druga - a ciekawe, jak to będzie. Pierwsza niedziela - jedna z aktywistek parafialnych jest na chórze i pyta mnie, co chciałbym zagrać na wejście, więc podaję jej śpiewnik i mówię: "To". Na to pani na cały głos: "Number One One Six" i cały kościół otwiera śpiewniki. Przygrywka, dzwonek na wejście i lud wchodzi. Nigdy później nie doznałem takiej radości z pracy. Przerwy, tempo, wytrzymywanie długich nut. Wszystko jak w zegarku. To oni pokazali mi jak może wyglądać śpiew Ludu, to oni trzymali tempo, to oni mnie mobilizowali.

 

I dlatego, mając takie doświadczenie pracy z ludźmi, chcę dojść do perfekcji. A kolegów organistów proszę o przeprowadzenie podobnego eksperymentu (może wspólnie z drugim organistą z sąsiedniej parafii, na dwóch grupach testowych). Zobaczycie, do jakich fajnych wniosków dojdziecie. Wszelkie obserwacje prosiłbym o przesłanie na adres mailowy admin-at-organista.org.pl

¤ outsourcing ¤ joomla ¤ antywirus ¤  lubelskie ¤ serwis PC ¤ katalog firm ¤ sklep komputerowy ¤ papierosy elektroniczne